Wczoraj minęłą 85. rocznica mordu dokonanego na społeczności żydowskiej w Jedwabnem, a niebawem taka rocznica powinna być obchodzona w Kolimagach i Mściwujach, gdzie Niemcy zamordowali liczną grupę ludności żydowskiej i katolickiej z Kolna i okolic. Ofiary tych zbrodni spoczęły w zbiorowych grobach w lesie w Kolimagach, gdzie istnieje ono godnie utrzymane dzięki inicjatywie Gminy Kolno oraz na polu w Mściwujach, do którego nie istnieje żadna droga dojazdowa…
Oba miejsca zbiorowych mogił bywają odwiedzane przez potomków Żydów kolneńskich, lecz nie docierają tam mniej lub bardziej oficjalne delegacje i wszyscy ci, którzy tak gremialnie zbierają się każdego roku w Jedwabnem.
Czy ofiary z Kolna i okolicy były mniej wartościowe niż te jedwabińskie? Czy symboliczne gesty mogą zastąpić autentyczną dbałość o pamięć i wyzwalającą prawdę?
Cześć pamięci wszystkich tragicznych ofiar okrutnej wojny, dokonanych ręką człowieka, bo to „Ludzie ludziom zgotowali ten los” i w tej kwestii nic się nie zmienia.
Miejsca tragicznych wydarzeń z roku 1941 i ich ofiar przywracają „Pinkasy Przedniemeńskie”, w tym przygotowana do druku przez zespół Łomżyńskiego Towarzystwa Naukowego im. Wagów w Łomży „Księga pamięci gminy żydowskiej w Kolnie”, w której znajdujemy m.in. następujące wspomnienia Diny Koniecepolski-Chludniewicz:
Początek końca
Nagle – zupełnie niespodziewanie – ta nędzna egzystencja pod rządami sowieckimi dobiegła końca. W przeddzień 22 czerwca 1941 r. niemieccy spadochroniarze zajęli wszystkie strategiczne punkty wokół Kolna i wymordowali patrole graniczne, podczas gdy żołnierze Armii Czerwonej i działacze polityczni pili i bawili się na uroczystym zebraniu. Bombardowanie Kolna rozpoczęło się o 13.30. Nikt nie rozumiał, co się dzieje; niektórzy myśleli, że to grzmoty. Wśród pierwszych ofiar było kilku Żydów, jak rodzina Szklaniewiczów, której dom otrzymał bezpośrednie trafienie. Dwie córki – Rywka i Kejla – które cudem ocalały, później zginęły w getcie łomżyńskim. Oszołomione NKWD i inni funkcjonariusze uciekli o świcie, a wraz z nimi część młodych Żydów, ale nie zdołali ujść daleko; miasto było otoczone, a wszystkie drogi odcięte. W niedzielę, pierwszego dnia wojny, Niemcy zajęli Kolno.
Żydowskie życie straciło wszelką wartość. Poniżenie i upokorzenie stały się codziennością – niekończącym się pasmem prób i udręk, trwającym od rana do nocy. Polscy sąsiedzi i rosyjscy pochlebcy robili wszystko, co w ich mocy, by przypodobać się władzom nazistowskim. Ci chrześcijańscy zdrajcy nie sprzedali dusz nazistom za trzydzieści srebrników, lecz wyceniali życie Żyda na pół funta soli, a niektórzy zadowalali się nawet uśmiechem nazisty albo klepnięciem po ramieniu. Ukryte źródła antysemityzmu wybuchły z szatańską siłą. Polacy radośnie rabowali i mordowali swoich sąsiadów na oczach nazistów, i zaczęło się to od razu: Jaakow Zabiłowicz i starszy Bramson zostali zmuszeni do rozebrania się i bestialsko zatłuczeni na śmierć przy akompaniamencie szyderczych okrzyków i śmiechu; Chaim Gross i Mosze Mroczek, kowal, zostali zastrzeleni przez niemieckich żandarmów na środku ulicy.
Pogrzeb Lenina
W piątek 4 lipca 1941 r., dwa tygodnie po zajęciu miasta przez Niemców, policja wydała rozkaz nakazujący wszystkim Żydom, bez wyjątku, stawić się w ciągu 24 godzin, w szabat, na rynku, przy pomniku Lenina (na wpół zburzonym przez Polaków już nazajutrz po wkroczeniu Niemców). Wszyscy rzemieślnicy mieli przynieść swoje narzędzia; kto nie stawi się na czas, zostanie rozstrzelany!
Wybuchło straszne przerażenie; żałoba i lęk przed przyszłością spowiły każdy dom. Nastał letni szabatowy poranek i zamiast iść na modlitwę, jak czyniono to od stuleci, Żydzi z Kolna wyszli rodzinami i grupami na rynek, z głowami pochylonymi w żałobie, jakby szli na własny pogrzeb. Na rynku czekali już niecierpliwie ich polscy sąsiedzi. Policjanci niemieccy nakazali Żydom dokończyć burzenie pomnika Lenina.
Był to straszliwy widok, przypominający mi hiszpańską inkwizycję. Wówczas chrześcijańscy mieszczanie otaczali auto-da-fé, a teraz – pomnik Lenina, w obu przypadkach ciesząc się cierpieniem torturowanych Żydów. Niektórzy Żydzi rozbijali pomnik ciężkimi młotami, podczas gdy naziści smagali ich batami; inni – mężczyźni, kobiety i dzieci – ładowali na dwa przygotowane wcześniej wozy odłamki i kamienie. Przez cały ten czas Polacy stali wokół – mężczyźni i kobiety, starcy i młodzieńcy, z rozpalonymi twarzami, głośno przeklinając i drwiąc z harujących i katowanych Żydów.
Słońce stało już wysoko na niebie, bezlitośnie paląc zgięte plecy Żydów, duszących się pyłem rozsypujących się kamieni, beznadziejnie przygnębionych i upokorzonych, z krwawiącymi ranami na plecach. Słońce sprzymierzyło się z Niemcami i ich polskimi sługami w tej szatańskiej grze: atakowało Żydów z nieba, podczas gdy oni smagali ich na ziemi.
Kiedy pomnik został wreszcie rozbity na kawałki, niektórym Żydom kazano zaprząc się do ciężko załadowanych wozów i ciągnąć je na odległy o dwie mile cmentarz żydowski. Resztę zmuszono do marszu za wozami, do śpiewu i płaczu na rozkaz, na wzór zachowania podczas pogrzebów. „Pogrzeb Lenina” dobiegł końca. Niemcy i Polacy zaczęli się rozchodzić, serdecznie się śmiejąc, a Żydzi zostali na miejscu, nie wiedząc, dokąd pójść. Nie mieli jednak czasu na wahanie, bo zbliżała się godzina policyjna i każdy Żyd zobaczony po niej na ulicy miał być natychmiast rozstrzelany. Zaczęli więc biec do domów (jeszcze mieli domy…), lecz tej nocy nie wszystkie domy stały się schronieniem dla tych, którzy w nich mieszkali.
Ja też zaczęłam biec, niemal automatycznie, nie wiedząc właściwie, dokąd się udać. Droga do domu, obok posterunku żandarmerii, była niebezpieczna. Poszłam więc do domu Dołowiczów, z zamiarem przenocowania tam i powrotu do siebie rano. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu drzwi były zamknięte.
Nazajutrz Żydzi z Kolna z przerażeniem dowiedzieli się, że w nocy wymordowano piętnaście rodzin żydowskich. Jak dzikie bestie Polacy napadli na tych nieszczęśników, rabując ich domy, mordując każdego, kogo spotkali, gwałcąc skromne żydowskie dziewczęta. Wśród ofiar byli: moja kuzynka Debora Dudowicz, Brismanowie i rodzina Dołowiczów (u których chciałam przenocować). Dwie córki Dołowiczów zostały zgwałcone, a potem zamordowane. Dzień po tej nocy krwi i po „pogrzebie Lenina” niemieccy żołnierze wtargnęli do synagogi, paląc zwoje Tory i inne święte księgi, łamiąc ławki i stoły, bezczeszcząc Aron ha-kodesz (świętą szafę, w której przechowuje się zwoje Tory). Potem zebrali kilku Żydów z przyległych uliczek i kazali im maszerować przez ulice za kantorem Kejdańskim, który śpiewał: „Spójrz z nieba i zobacz!”.
Szły kolejne rozporządzenia, każde bardziej upokarzające i przygnębiające od poprzedniego: żółte łaty z przodu i z tyłu, praca przymusowa, zamiatanie ulic, zakaz chodzenia po chodnikach, zmuszający Żydów do poruszania się środkiem ulicy jak bydło. Uczęszczanie do domów modlitwy stało się zbyt niebezpieczne, więc Żydzi modlili się potajemnie w piwnicy Guty-Leji. Wszystko to było dopiero początkiem. Najgorsze miało dopiero nadejść.
Kolno staje się Judenrein
15 lipca Niemcy rozkazali wszystkim mężczyznom w wieku od 16 lat wzwyż zebrać się na rynku i zabrać ze sobą jedzenie na jeden dzień, ponieważ mieli zostać wywiezieni do pracy. Wybrano wszystkich młodych, zdrowych i silnych mężczyzn (w tym mojego brata Icchaka Chludniewicza), załadowano ich na cztery ciężarówki i wywieziono w kierunku Kolimag; ciężarówki kursowały tam i z powrotem kilka razy, ale tych mężczyzn nigdy więcej nie widziano. Początkowo nikt nie wiedział, co się z nimi stało, lecz po kilku dniach Polacy mówili, że ziemia w okopach przy granicy, przygotowanych przez Rosjan, była widziana, jak się porusza i drży.
Wśród ofiar pierwszej akcji byli nauczyciele Mosze Etkowicz i Jankiel Burak. Ci dwaj próbowali wpłynąć na niemieckie władze, aby utworzyć w Kolnie getto i w ten sposób „znormalizować” życie miejscowej społeczności żydowskiej. Gestapowcy, którzy kierowali akcją, wrzucili obu nauczycieli na ostatnią ciężarówkę i zgładzili ich razem z pozostałymi.
Trzy dni później Niemcy nakazali wszystkim rodzicom i żonom tych, którzy zostali, że tak powiem, „przeniesieni”, stawić się na rynku i przynieść żywność oraz kosztowności, ponieważ zostaną wysłani do swoich mężów i synów. Zrozpaczeni ludzie przyszli o wyznaczonej porze ze swoim dobytkiem. Ciężarówki i gestapowcy już czekali; kazano im oddać pakunki, aby zostały spakowane jako „bagaż” … Ich samych załadowano na ciężarówki i wywieziono do wsi Mściwuje koło Stawisk, gdzie zostali zgładzeni.
Pewnego ranka pod koniec lipca pozostałym Żydom rozkazano stawić się na rynku, gdzie rozegrały się straszne sceny. Rozszalali gestapowcy wyrywali niemowlęta z ramion matek i roztrzaskiwali je o bruk. Kobiety i starsze dzieci wywieziono ciężarówkami do Mściwuji, a mężczyzn pędzono pieszo do Kolimag. Rabin gminy, rabin Kapłan, który był wśród nich, stał blady jak śmierć, okryty tałesem, z ustami szepczącymi modlitwę.
Jankiel Krelensztejn próbował uciec z rynku i padł przeszyty niemiecką kulą.
Po trzeciej akcji w Kolnie pozostało około osiemdziesięciu Żydów – ci, którzy pracowali dla Niemców, oraz ich rodziny. Na początku sierpnia kobiety wysłano do Mściwuji, a kilka dni później mężczyzn wywieziono do Kolimag i tam zamordowano. Wśród zamordowanych byli: moja matka Debora Chludniewicz, moja najmłodsza siostra Cyrele, Chaja Karlińska z domu Krelensztejn, Rywka Remba z domu Karlińska i jej mała córeczka Ruth.
Niemieckim mordercom wystarczyło sześć czy siedem tygodni, aby wykorzenić społeczność żydowską Kolna, która kwitła przez pokolenia. Ponad dwa tysiące mężczyzn, kobiet i dzieci zostało okrutnie zamordowanych. Około pięćdziesięciu osobom udało się uciec, ale większość została schwytana przez okolicznych chłopów i wydana Niemcom. Niemal wszyscy zginęli w taki czy inny sposób.
Jak chciał los, to ja miałam pozostać jedynym żyjącym żydowskim świadkiem rzezi kolneńskiej”.
Małgorzata Frąckiewicz
